Wiele razy mówił Pan o pomyśle, który przedstawił Pan swojemu pracodawcy w Dolinie Krzemowej – chodziło o akcelerator graficzny. To niemal rysunkowy przykład tego, że człowiek przekonany do swojego pomysłu – a więc własności intelektualnej – może na nim budować nową wartość. Że można założyć firmę i zarobić na czymś, w czym ktoś inny nie dostrzegł potencjału. Jak to było?
Pracowałem w firmie Silicon Graphics. Współpracowaliśmy wówczas z Microsoftem, który wykorzystywał pewne elementy naszej biblioteki graficznej w swoich systemach. Wtedy pojawił się ten pomysł.
Akcelerator graficzny miał rozwiązać problem długotrwałego przesyłania filmów przez internet. Postanowiliśmy podzielić każdy obraz w klatce na elementy i przesyłać tylko te, które się zmieniają, a nie np. statyczne tło. Ja miałem go w głowie, a ludzie z Microsoftu, jak się okazało, też o tym myśleli, a oprócz tego mieli pewne elementy, które mogły się do przydać przy jego realizacji. Doszliśmy do wniosku, że w zasadzie to wszystko składa się w całość, która rokuje szansę powodzenia projektu.
Nie chcieliśmy z początku robić tego sami; poszedłem zatem do swojego szefa, który powiedział, że pomysł jest interesujący, ale nie widzi szans na jego rozwój i raczej wolałby tego nie robić. Ludzie z Microsoftu uzyskali mniej więcej tę samą odpowiedź u siebie. Ponieważ nam wydawało się to jednak bardzo ciekawe, postanowiliśmy to zrobić na własną rękę. Złożyliśmy wypowiedzenia, co oczywiście spowodowało, że natychmiast pojawili się ludzie z Human Resorces z pytaniami, co się stało, czy jesteśmy niezadowoleni, czy może coś trzeba zmienić, czy jakoś mogą pomóc, może podwyżka... HR zawsze reaguje na takie sytuacje, bo inżynierów programistów trzeba trzymać – to jest największy zasób firmy. Jeśli marketing, sprzedaż czy inne działy zostawią firmę to nic się nie dzieje, natomiast jeśli programiści odejdą to wszystko pada. W tym przypadku nie chodziło jednak o poprawę warunków pracy. Po prostu myśmy już byli zdecydowani na to, żeby wyjść z korporacji, mieliśmy klarowną wizję tego, co mamy robić.
Co zrobiliście?
Założyliśmy firmę, co zajęło mało czasu, bo formalności w Dolinie Krzemowej bardzo krótko trwają. Pierwszym problemem był podział ról. Spojrzeliśmy po sobie, popatrzyliśmy w lustro i... ten, kto wyglądał najpoważniej z naszej trójki, został prezesem. Ja zostałem naczelnym inżynierem. Z zatrudnianiem ludzi nie było kłopotu, bo po latach pracy w branży wiedzieliśmy, kto jest dobry w środowisku. Można było tych ludzi ściągnąć – nie wszyscy oczywiście się godzili, ale część uznała, że to jest bardzo ciekawy temat i można wspólnie to zrobić. Znalezienie lokalu też nie było trudne, bo takich start-upów jest wiele w okolicy. Zawsze jacyś znajomi coś wynajmują i maja trochę powierzchni, którą mogą przeznaczyć dla zaprzyjaźnionej firmy; pozwalają używać infrastruktury w zamian za zwrot części kosztów. No i tak się zaczęło. Trwało to dość długo, prawie dwa lata do opracowania prototypu.
Jak na etapie dochodzenia do prototypu ten pomysł był chroniony. Czy występowaliście o patent, czy strzegliście know-how, żeby jakaś inna firma, na przykład większa, nie zrobiła tego, nad czym pracowaliście, szybciej od was?
To jest zawsze duże ryzyko, taki pomysł trudno chronić, bo on jest w głowach. Spisanie go, sformalizowanie, zajęłoby więcej czasu, niż przyniosłoby korzyści.
Ale mówiliście o tym wcześniej w waszych korporacjach. Nie baliście się, że oni zrobią to niezależnie od was, szybciej?
Skoro nie chcieli tego zrobić, to znaczy, że nie wystartowali wtedy, kiedy my. Nawet gdyby po czasie przyszło im do głowy, że może warto to zrobić (chociaż pewnie by im nie przyszło, bo byli zaangażowani w setki innych spraw i niby dlaczego mieliby wracać do pomysłu, który już "olali" w jakimś momencie?), to mieliby późniejszy start od nas. A myśmy pracowali bardzo intensywnie. Wtedy pracuje się po 12 - 13 godzin na dobę, właśnie licząc się z tym, że ktoś może mieć ten sam pomysł i nas wyprzedzić. Poza tym skompletowaliśmy najlepszych ludzi, wiec było bardzo małe prawdopodobieństwo, że ktoś zbierze równie silną grupę i zrobi to szybciej.
Jak zarządzał Pan swoją własnością intelektualną? Skąd wiedział Pan, że lepiej jest sprzedać pomysł w fazie prototypu, niż produkować i iść z nim na giełdę? Czy są jakieś ogólne prawidłowości, czy wszystko zależy od okoliczności?
Ocenia się sytuację. Ocenia się ewentualne zyski z tego, że projekt posunie się dalej, że dojdziemy do produktu i potem pójdziemy drogą typu IPO czyli Initial Public Offering. Wejście na giełdę i podniesienie kapitału firmy oznacza bardzo duże korzyści. To się jednak waży przeciwko ryzyku, że ktoś będzie umiał zrobić to szybciej albo lepiej. Istnieje też ryzyko, że trzeba wrzucić w to kolejne pieniądze na przejście do fazy produkcyjnej, dopracować technologię. Prototyp to nie jest produkt, trzeba dodać do tego procedury wykonawcze, doprowadzić do tego, żeby wszystko działało stabilnie w każdej sytuacji.
Sporo też zależy od mentalności ludzi. Oprócz tej całej analizy, która można przeprowadzić bardzo sprawnie, jest jeszcze psychika tych, którzy to robią. Są ludzie, którzy mają większą skłonność do ryzyka, są tacy, którzy się zadowalają mniejszym efektem, ale za to pewniejszym. Są też tacy ludzie, którzy się źle czują na etapie wdrażania. Są osoby świetne, jeśli chodzi o wymyślanie, generowanie pomysłów i rozkręcanie projektów, ale zupełnie niezainteresowane utrzymywaniem stabilnej firmy i rytmicznego toku produkcji.
Wszystko to wzięliśmy pod uwagę. W głosowaniu wypadło tak, że sprzedajemy. W 1999 roku akcelerator graficzny do zastosowań internetowych został kupiony przez Fujitsu.
Wrócił Pan do Polski...
...z powodów osobistych, m.in. dla mojej mamy. Poza tym, to był po prostu kolejny etap w karierze zawodowej.
Co Pan sadzi o popularyzowaniu w Polsce wiedzy o zarządzaniu własnością intelektualną? Czy to przyda się tym najlepszym informatykom, którzy koszą konkurencję w międzynarodowych zawodach?
To się bez wątpienia przydaje, choć w początkowej fazie pomysłów chyba mniej, bo jednak pomysły to jest coś bardzo ulotnego. Ale potem, jak projekt zaczyna profitować, błędy w niezabezpieczeniu sobie odpowiednich praw wychodzą na jaw i niektórych bardzo boleśnie dotykają.
Chociaż są tacy, których to naprawdę "guzik" obchodzi.
Cały ruch wolnego oprogramowania mówi: "Nie patentujemy, tylko każdy kto chce, niech używa, bo robimy wszystko dla wspólnego dobra". Filozofię tę wyznaje wiele osób, których osiągnięcia były kluczowe dla rozwoju informatyki, chociażby Doug Engelbart, amerykański naukowiec i wynalazca o norweskich korzeniach, znany powszechnie jako wynalazca myszy komputerowej. Gdyby opatentował tę mysz, byłby panem świata bogatszym niż Gates, ale tego nie zrobił – intencjonalnie i wcale tego nie żałuje. Po prostu nadal sobie skromnie żył w Dolinie Krzemowej i bynajmniej nie miał przekonania, że stracił okazję, tylko, że kontrybuował dla wspólnego dobra.
Czego w Polsce brakuje, żeby rozwijały się małe innowacyjne firmy bazujące na kapitale intelektualnym? Panu pomógł m.in. fundusz venture capital, mówi się, że w Polsce takie instrumenty nie działają...
To, że nie działają, to przesada. Jest trochę funduszy VC w Polsce, które działają już od pewnego czasu, chociażby MCI, jest fundusz funduszy, są mechanizmy giełdowe na NewConnect, jest kilka inkubatorów rozsianych po kraju, są centra transferu technologii – niezłe np. w Gdańsku Oliwie czy we Wrocławiu. Instytucjonalne możliwości podparcia są – choć może nie powszechne, ale trzeba umieć ich poszukać. Poza tym przypływ kapitału europejskiego w tej chwili jest nie do przecenienia. To się rzadko zdarza na świecie, żeby miliardy złotych były dostępne praktycznie dla każdego, kto zechce – choćby w programie PO IG.
Co, poza dobrym czasem dla inwestorów, jest dla Polski szansą na rozwój technologiczny?
Mamy w informatyce bardzo dobrych młodych ludzi o otwartych umysłach, którzy chcą pracować. Wyjazd nie jest już dla nich jedyną szansą rozwoju. Mogą w Polsce znaleźć wyzwania zawodowe korespondujące z ich zdolnościami – na przykład w oddziałach międzynarodowych korporacji. Mogą też zakładać własne firmy.
Massachusetts Institute of Technology w Cambridge, gdzie pojechał Pan w latach 80-tych, to specyficzny instytut, gdzie jest więcej pracowników naukowych niż studentów. Utrzymuje się głównie z tego, że bierze zlecenia badawcze z wojska, przemysłu, od agencji rządowych. Czy którykolwiek z polskich instytutów choć trochę przypomina to miejsce? Może Instytut Maszyn Matematycznych?
Mój instytut jest specyficzny, bo podlega Ministerstwu Gospodarki i ma konkretne zadania do wykonania wynikające z potrzeb informatyki na poziomie kraju. To nie jest instytut, który uczy, jak MIT, gdzie nurt akademicki jest bardzo silny i m.in. dlatego mogą robić badania, że się w wielu projektach wspierają studentami i doktorantami. IMM to instytut badawczo-rozwojowy, który ma konkretne rzeczy do zrobienia. Natomiast taki model mogłyby osiągnąć uczelnie, gdyby przeszły na coś, o czym czasem się mówi w Polsce, czyli właśnie na uniwersytet badawczy, gdzie byłaby edukacja, ale w dużej części też prace B+R.
Ukończył Pan Wydział Elektroniki Politechniki Warszawskiej. Jakie znaczenie ma dla Pana zapis Pana nazwiska w Złotej Księdze Absolwentów tej uczelni?
To dla mnie zaszczyt, bo Politechnika jest ogromną uczelnią, ma dziesiątki tysięcy studentów, ogromna historię, lata wspaniałych doświadczeń. To jedna z najlepszych uczelni w kraju od dziesięcioleci. Znalezienie się w gronie wyróżnionych absolwentów było dla mnie zaskoczeniem i dużym honorem.
***
Marek Hołyński zajmuje się grafiką komputerową. Po ukończeniu Politechniki Warszawskiej od 1970 r. pracował w Instytucie Maszyn Matematycznych. Doktoryzował się w 1975 roku w Instytucie Cybernetyki Stosowanej Polskiej Akademii Nauk. Jego książka "Sztuka i komputery" była jedną z pierwszych takich publikacji w Europie. Kierował Samodzielną Pracownią Studiów i Rozwoju Techniki Komputerowej IMM. W Stanach Zjednoczonych prowadził działalność naukowo-badawczą w Indiana University w Bloomington, w Massachusetts Institute of Technology w Cambridge, a równolegle wykładał i prowadził przewody doktorskie na Uniwersytecie Bostońskim. Przez 9 lat pracował w Dolinie Krzemowej. Po powrocie do Polski kierował spółką ATM, publikował felietony m.in. w "Nowej Fantastyce", był wiceprezesem TVP. Od 2008 r. pełni funkcję prezesa Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Informatycznego i dyrektora IMM.



